Grubi ludzie.
To, o czym chcę napisać, pojawiło się w mojej głowie już parę lat temu. Niestety, zawsze wyglądało albo jak fragment książki Coehlo lub kazanie. Jednakże ostatnio udało mi się wpaść na pomysł, jakby to zrobić, żeby było zjadliwe. Enjoy.Przy okazji tematów o zdrowym odżywianiu, slow food i dietach, pojawiają się głosy prawdy objawionej, jakoby to bez sensu męczyć się z jedzeniem zieleniny, skoro życie ma być przyjemne, tj. wypełnione jedzeniem smacznym (vide tłustym, z masą sosów and so on). Z reguły mówią tak ludzie, którzy nigdy nie mieli problemów z wagą oraz nie przeżywali koszmaru za każdym razem, gdy musieli sobie kupić jedną koszulkę albo spodnie. Nikt ich nie wytykał palcami z powodu tuszy.
Ci, którzy mnie znają, wiedzą także o mojej wielkiej miłości do mięcha, pizzy i innych niekoniecznie zdrowych dań. Wiedzą też, że zrzuciłam 30kg i właśnie znów zabrałam się za siebie, by zrzucić co prawda trochę mniej, ale z jeszcze bardziej druzgocącym efektem. Po moich 30kg wielu ludzi mnie nie poznało. Nic dziwnego, całe życie byłam (jestem) przy kości. Kiedy wreszcie udało mi się osiągnąć upragnioną wagę, byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Dlatego tak bardzo mnie irytuje to gadanie, że zdrowe odżywianie i ćwiczenia są bez sensu. Nie jest bez sensu, gdy wchodzisz do 10 sklepów i wychodzisz z każdego z pustymi rękoma, bo nie jesteś w stanie sobie nic kupić. Bo oprócz nadwagi, to nie masz zadatków na modelkę z racji szerokich ramion i masy cm w biuście (ok, na to narzekać nie można, chociaż ja nie jestem w stanie sobie kupić koszuli). Po całym dniu takich ‘zakupach’ masz ochotę sobie strzelić w łeb. Zwłaszcza, jak to nie pierwszy raz. To może się wydawać puste, ale wcale takie nie jest. Każdy z nas potrzebuje się w coś ubrać. W momencie, kiedy we wszystkim wyglądasz jak baleron (o ile w ogóle znajdziesz rozmiar, który jakoś wejdzie). Później, gdy patrzysz się w lustro po zrzuceniu paru kilogramów, masz wrażenie, że wyglądasz jeszcze gorzej. Nie chodzi o to, żeby wyglądać jak modelki z billboardów, a żeby czuć się dobrze samym ze sobą, by umieć racjonalnie się odżywiać, co wcale nie oznacza jedzenia dwóch liści sałaty na dzień. Ludzie mają jakieś błędne wyobrażenie tego, jak wygląda dieta. Nie chodzę głodna, posiłki jem z przyjemnością, ale ja mam też trochę inną motywację. Zaciskam zęby i jem otręby z siemieniem lnianym.
Ale czasem nie można nic zrobić, by zatrzymać stale rosnącą wagę.
25% ludzi otyłych lub z nadwagą nie jest gruba dlatego, bo sama na to zapracowała. Problemy z hormonami skutkują bardzo często w spadku/wzroście wagi. Na dodatek te związane z tarczycą (w tym moja) są chorobami przewlekłymi i będą miały wpływ na życie już do końca. Na początku leczono mnie samymi lekami, bo wszystko się ustabilizowała przez parę lat. Przy nawrocie w miesiąc przybyło mi 10kg jedząc racjonalnie i będąc aktywną fizycznie. Tutaj nie pomaga żadna dieta, żadne ćwiczenia. Trzeba się pogodzić z tym, że masz zadyszkę idąc trochę szybciej oraz rozstępy. Ba! Ja wtedy nie mogłam w ogóle pozwolić sobie na jakąkolwiek aktywność fizyczną. Mogłam jedynie siedzieć i zastanawiać się, czy mój zły humor jest, bo jest, czy że może wynika on z niestabilnych hormonów. Co trzy tygodnie badania, lekarz, a waga nie spada i nagle okazuje się, że przy wzroście 165cm waży się 86,7kg. Żadnej kondycji, wytrzymałości. Jest tak, jakbym nigdy nie wychodziła z domu, bo moje przerwy na sport trwały pół roku. Ale nawet, jak już wszystko jest ok i nie trzeba się martwić, że za pół roku znowu trzeba będzie non stop pojawiać się u lekarza, to choroba nadal jest. Zostaje tendencja do tycia, problemy ze zrzuceniem wagi. Na dodatek, jak zeszło się z prawie 90kg, to nie ma się figury modelki, bo skóra nie jest już tak jędrna. Trzeba się cały czas pilnować, bo teraz bierze się leki i jakiekolwiek skoki wagi wynikają z naszej winy. Pilnować należy się też ze sportem. Nie wiem, jak z innymi przypadłościami, ale z moją tarczycą jest tak, że ona bez leków już w ogóle sobie nie radzi i przy dużej aktywności fizycznej muszę brać inne dawki leków. Inaczej przez ćwiczenia waga będzie rosnąć.
Nigdy nie będę sportowcem, nigdy nie będę mogła pójść do wojska. Jednakże nie traktuję choroby jako wymówki.
Dopiero od niecałych 4 lat mogę ćwiczyć w sposób ciągły bez ograniczeń. Rok temu, kiedy wpadłam na pomysł dołączenia do FIA martwiłam się, że nie wyrobię kondycyjnie, a replika będzie urywać mi ręce. Zapisałam się też na Defendo. I uznałam, że to jest właśnie to, dlatego swoje dolegliwości postrzegam jako motywację, a nie przeszkodę. Zaczęłam biegać, bardziej dbać o siebie, pracować w ogóle nad kondycją i siłą, by chociaż trochę nadrobić czas, który musiałam poświęcić na leżenie w szpitalu i setki badań i oczekiwanie na pierwsze rezultaty leczenia. Obiecałam sobie, że po wakacjach nikt mnie nie pozna. Chcę też w przyszłym roku zapisać się na MMA i może za parę lat wziąć udział w zawodach amatorskiej ligi. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli będę także próbowała zostać instruktorem Defendo. Co prawda nie będę taka, jak Jakko, który trenuje od 16 lat. Ale jeśli uda mi się wspiąć się wyżej, to będzie to wielki sukces dla mnie. W sztukach walki byłam zakochana odkąd pamiętam. Mam za sobą także krótki epizod ze szpadą, ale dopiero teraz mogę myśleć o czymś, co będzie trwało dłużej niż pół roku. Wszystko to będzie kosztowało mnie znacznie więcej czasu i wysiłku, ale jestem cierpliwa. Poza tym moja motywacja jest znacznie większa, niż się niektórym wydaje. Chcę wyglądać dobrze, chcę mieć siłę, by nosić ciężki plecak na wypadach do lasu, chcę być silna. To trywialne potrzeby, ale nieosiągalne dla mnie przez tyle lat, że osiągnęły status wierzchołka Mount Everestu.
Poza tym…
To fajne, jak ludzie dają mi 16-17 lat. Dla takich komplementów warto się trochę wysilić ;)
Tagi: życie, walka, tarczyca, grubasy
by szopen | 2012-05-22 23:47:42 | skomentuj! (4)
Seriously?
Zróbmy eksperyment: zapytajcie się swoich znajomych, siebie czy obcych ludzi, dlaczego nie powinno się spóźniać. Także co oznacza, gdy ktoś kogoś wystawi.Odpowiedzi są bardzo oczywiste: że to olewactwo, że brak szacunku, poszanowania cudzego czasu. Podejrzewam, że nawet osoby, które się spóźniają nagminnie nie lubią, jak ktoś się nie pojawia na spotkaniu przez 0,5h+.
Dlaczego wszyscy to robią w takim razie?
Zostałam wystawiona 2-3 razy i to dosyć perfidnie, bo w środku Warszawy, a ja niestety mam do przebycia gdziekolwiek spory kawałek. Komórka nie odpowiada, następnego dnia żadnych wyjaśnień, potem jakieś pokrętne bullshitowe tłumaczenia. Raz, że są lepsze sposoby na to, żeby mi powiedzieć, żebym spieprzała, a dwa, że kurwa! Czy ludzie naprawdę sądzą, że uwierzę w to, że na dzień przed wyjazdem do innego miasta na weekend właśnie sobie o nim przypomnieli? Albo o innej zaplanowanej wcześniej atrakcji pochłaniającej cały weekend? Raz kogoś wystawiłam. Koleżankę, która mieszkała po drugiej stronie ulicy. Miałyśmy się spotkać dwa kroki od jej domu na minutę, bo miałam dać jej płytę. Potem dałam ją w szkole.
Inną rzeczą, która sprawia, że moja socjopatia osiąga poziom, który kwalifikuje mnie do permanentnej izolacji, jest odwoływanie spotkań tego samego dnia, gdy mają się odbyć. Chociaż gdy zrobi się to rano, to nie jest tak źle. Gorzej, jak na 2h przed. Dziękuję. Z czego to wynika? Nie mówię oczywiście o sytuacjach losowych, które zdarzają się każdemu z nas. Każdy z nas ma swoje sprawy, problemy, gdzieś się spieszy i brakuje mu czasu, dlatego fajnie by były, gdyby niektórzy nie myśleli, że są pępkiem świata. Poza tym mamy komórki. To cudowny wynalazek pozwalający skomunikować się natychmiast z kimkolwiek.
Niestety, jakkolwiek komórki nie byłyby wspaniałe, to czasem mam ochotę je rozwalić. W momencie, gdy dzwonię potwierdzić spotkanie i dowiaduję się, że jednak go nie będzie, bo cośtam. Osoba o tym wie od X czasu, gdzie X to przynajmniej 1h. Dlaczego o informację o odwołaniu spotkania zawsze muszę się prosić? Przede wszystkim, dlaczeg w ogóle muszę do kogoś dzwonić, by ten ktoś potwierdził mi spotkanie, które nie miało ustalonej godziny, a jedynie luźny termin? Należy się liczyć z tym, że ja też mam swoje obowiązki i swoje wypadki losowe. Chodzę do lekarza, mój pies jest chory i sto tysięcy innych rzeczy mniejszych lub większych, które sprawiają, że nie mam miejsca na terminy ustalane na 3h przed.
Wspomniałam wyżej o komórkach. Jedną z moich Największych Zagadek Życia (tuż obok Pasażu Stokłosy na stacji Ursynów) jest to, dlaczego niektórzy nie potrafią poinformować, że się spóźnią (5, 10 czy 15min). Sama zaczęłam się spóźniać, dzięki temu czasem nie sterczę bezsensownie 20min. Zaczęło mnie denerować czekanie, dlatego sprawiam, żeby to inni czekali na mnie. Co nie zmienia faktu, że trochę mnie to martwi i ładnie pokazuje moją hipokryzję. Czasem zdarzało się tak, że stałam w korku i kiedy dojeżdżałam na miejsce, to i tak byłam wcześniej, niż osoba, z którą się umówiłam. Ale zawsze jakoś udało mi się zadzwonić/napisać smsa.
15 minut da się znieść (chyba, że stoimy na polu przy -25 stopni, wtedy trochę gorzej). Zdarzyło mi się czekać na kogoś 1,5h. Byłam w takiej sytuacji, że nie mogłam wrócić do domu czy zrobić cokolwiek innego, bo albo jechałam na wydział albo potem miałam coś innego do zrobienia na mieście. Średnio wierzę w tłumaczenia z takiego spóźnienia. Poza tym jak już wspomniałam wcześniej, naprawdę są prostsze sposoby, by powiedzieć, że np. jestem głupia i nie warto mnie widywać.
Mam parę spóźnień na swoim koncie. Większość z nich wynika z korków, sytuacji losowych czy kiepskiego wyliczenia czasu dojazdu. Staram się szanować czas innych. Co jest ze mną nie tak, że inni nie szanują mojego? I przede wszystkim, jak można kogoś wystawić?! Mój umysł nie umie pojąć tego, dlaczego ludzie nie stawiają się na spotkania. Tak po prostu. Żaden wypadek losowy spowodowany siłą wyższą. Ktoś mi powiedział, że zapominają. Jest to dla mnie nieprawdopodobne, ale może tak właśnie jest. Nie potrafię na to znaleźć odpowiedzi. Jak do cholery można nie przyjść, a przez to kazać czekać komuś w środku miasta pół godziny. Jak się kogoś nie lubi, to się z nim nie rozmawia, a nie finguje spotkanie, żeby na nie nie przyjść. To za dużo roboty.
Tagi: ludzie, punktualność, spóźnianie się
by szopen | 2012-04-24 00:16:46 | skomentuj! (7)
Rozważania na szybko
Miałam napisać parę wywodów frustrata, m.in. o muzyce na swojej siłowni oraz o bullshitowych tłumaczeniach ludzi, kiedy nie stawiają się na spotkanie. Na pewno na to przyjdzie jeszcze czas, bo te tematy wracają jak bumerang.Jednak ostatnio zaczęła mnie zastanawiać inna rzecz. Co jakiś czas przeglądam sobie swoje archiwum. Ponadto stałam się członkiem blogowej społeczności Poltera. Doszłam do ciekawych wniosków. Notki popularne to te, które mają w sobie mało treści. Nie ukrywam, że moje lata spędzone na tym blogu okraszone są nastoletnią quasi-depresją. Co za tym idzie wiele notek jest… Po prostu dziwnych (chociaż wiele z nich lubię, co jest dla mnie nowością, bo z reguły krytycznie patrzę na pisaninę sprzed lat). Okazuje się jednak, że mają sporo fanów, ba! Nawet jakieś dyskusje się pod nimi toczą. Z kolei pod notką Dlaczego nie lubię teatru nie doczekałam się nawet komentarza w stylu ‘Nie znasz się na sztuce/nie myślisz/skończ tę marną pisaninę’. Nie twierdzę, że jest ambitna i och i ach, ale zawiera w sobie trochę treści i trochę jęczenia. Zapewne nie jestem wielkim pisarzem, a mój blog specjalnie oryginalny, ale z większym zainteresowaniem spotykają się blogi z kategorii ‘zjadłam śniadanie, a potem poszłam do szkoły’. Mój blog miał okresy świetności, naprawdę. Na polterowych blogach dzieją się podobne rzeczy (z wyjątkami, których zresztą więcej, niż tutaj). Dyskutanci i trolle zbierają się w miejscach o niespecjalnie wysokiej zawartości treści. Chyba, że treść jest flejmogenna, wtedy też jest ciekawie.
Najwidoczniej z czytelnikami blogów jest jak z kobietami - nigdy za nimi nie trafisz ;)
I muszę zmienić szablon.
Edit: zmieniony i notka dostała polecajkę na fejsie mówiącą o tym, że popularność zależy od pisania o głupotach. Śmieszne, prawda?
Tagi: blogi, polter
by szopen | 2012-04-19 16:06:32 | skomentuj! (0)
Dlaczego nie lubię teatru.
Teatr mieszkał u mnie około roku. Było to rok dziecięcej fascynacji każdą najdrobniejszą rzeczą, która miała coś wspólnego ze sceną. Dzięki teatrowi odbyłam świetne warsztaty z amerykańskim reżyserem Jessem Aronem Greenem. Dzięki teatrowi zgromadziłam całkiem ładną biblioteczkę. Dzięki teatrowi po prostu przeżyłam wiele fajnych chwil. Zapoznałam się ze świetnymi pisarzami. Pisałam swoją dziwną poezję silnie inspirowaną Eliotem. Fascynowałam się miastem. Robiłam tyle świetnych rzeczy, że aż trudno uwierzyć, iż jestem teraz zupełnie inną osobą oraz że tamten czas był jednym z najciemniejszych okresów.Miałabym być wielkim reżyserem, może teatrologiem. Nie obchodziło mnie to, że najpierw może warto by było dojrzeć do pewnych rzeczy. Wtedy brakowało mi pokory, za to byłam niezwykle butna. Byłam pewna, że świat stoi przede mną otworem, że mogę wszystko i nic nikomu do tego. Pochłaniałam każdy spektakl, każdą książkę, każde opracowanie. Wszystko. Niestety, przez rok chyba nie da się przeczytać wszystkiego, co powinno się ani obejrzeć wszystkiego, co ma w zasobach Instytut Teatralny czy Teatr Narodowy (bo i tam kiedyś wylądowałam, kiedy chciałam obejrzeć spektakl Grzegorzewskiego). Nie przeszkadzało mi to jednak chodzić do teatru. Mogłam nie znać wszystkich filmów Bergmana, dramatów Handkego czy Bernharda, jednakże starałam się wszystko zrozumieć. Wystawy, bycie na bieżąco z tym, co się dzieje w kulturze. W życiu nie byłam bardziej skoncentrowana na tym co robię, niż wtedy. Poza tym byłam takim hipsterem, że nawet sobie nie zdajecie sprawy z tego, że nim byłam!
Ale tak naprawdę nie lubię teatru.
Bodajże dwa lata temu Warszawę odwiedził Teatr Ósmego Dnia z Poznania. Słyszałam o nim, ale nigdy wcześniej nie miałam styczności. Przyjechali ze spektaklem ‘Paranoicy i pszczelarze’ do CSW. Pokazali w nim jednostronnie czym są rekonstrukcje historyczne - czymś złym i niebezpiecznym. Po spektaklu była przewidziana dyskusja, której głównym tematem stały się rekonstrukcje i patriotyzm. Na widowni byli obecni chyba jacyś bardzo znani i poważani ludzie kultury, którzy tak naprawdę dyskutowali między sobą i aktorami. Wniosek był jeden: “Grunwald jest ok, ale robienie Powstania Warszawskiego nie, bo uczy dzieci militaryzmu’ (znaczy co? Uczy mnie to noszenia elementów umundurowania?). Z reguły nie biorę udziału w takich debatach, ale ponieważ sama kiedyś zajmowałam się rekonstrukcją i to środowisko, zwłaszcza ludzi robiących PW, nie jest mi obce, postanowiłam się wypowiedzieć. Ktoś mi nawet po cichu wtórował i powiedział dwa słowa. Niestety, nie udało mi się poprowadzić żadnej dyskusji, bo zostałam storpedowana argumentami w stylu, że rekonstrukcje uczą przemocy.
Nowy Teatr prowadził wykłady w Nowym Wspaniałym Świecie. Może do tej pory odbywają się tam one, nie jestem pewna. Na jednym z nich oglądaliśmy fragmenty spektaklu ‘Purgatorio’ Castelucciego. Potem prowadzący rozpoczął rozmowę na jego temat. Nawet udało mi się dodać swoje trzy grosze. Niestety, podług innych wypowiedzi, moja interpretacja wypadała słabo. Nie była aż tak skomplikowana i nie używała tylu trudnych terminów oraz nie było w niej żadnych nazwisk. Postanowiłam się więcej nie odzywać. Miałam wrażenie, że oglądałam co innego. Zresztą to uczucie będzie mi towarzyszyło bardzo często.
Muszę mieć chyba jakiś pokrętny sposób myślenia, który kompletnie nie pokrywa się z recenzjami. Rok temu byłam wolontariuszem na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych i miałam okazję obejrzeć ‘Kaspara’ z Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Byłam bardzo zachęcona opiniami o tym spektaklu. Nie znałam dramatu Handkego, ale pomimo to poszłam. Do tej pory nie wiem, co ludzie widzą w ‘Kasparze’. Wszyscy wokół mnie się niem zachwycali, a ja patrzyłam na scenę wzrokiem idioty. Podobnie było z innymi spektaklami w trakcie WST. Jedyną osobą, która podzielała moje opinie była… Dorota Masłowska (‘Cierpienia mdłego Kaspara’). Innych negatywnych recenzji nie widziałam. Z reguły jest tak, że to, co szczerze mi się nie podoba, zawsze dostaje owacje na stojąco i odwrotnie. Są spektakle, które ja lubię, i które lubią recenzenci, ale chyba jest ich dosyć niewiele. Być może po prostu nie potrafię myśleć albo po prostu nie umiem zinterpretować tego, co widzę. To także powód, dla którego nigdy w życiu na maturze nie dotknęłabym się wiersza, bo zawsze wychodzi na to, że czytałam inny wiersz, niż ludzie, którzy układali ten egzamin.
Spektaklem, który utwierdził mnie w tym przekonaniu, że nic nie czytam i bardzo daleko mi do posiadania jakiejkolwiek wiedzy, był ‘Koniec’ Warlikowskiego. Bardzo lubiłam tego reżysera. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak intertekstualne są jego przedstawienia, a przez to niezwykle wymagające. Niemniej jednak, bardzo mi się to podobało. Z niecierpliwością wyczekiwałam dnia spektaklu, który miał miejsce w Farat Film Studio. Po obejrzeniu ‘Końca’ przeczytałam wiele recenzji i do tej pory nie jestem pewna, czy rzeczywiście wiem już o czym ten spektakl był. To były dla mnie bardzo długie cztery godziny na widowni. Mój mózg pracował na wysokich obrotach cały czas. Potrafiłam zanalizować każdy pojedynczy motyw, ale nijak mi to pomogło w szukaniu odpowiedzi na pytanie ‘co ten spektakl tak naprawdę opowiada?’.
Dlatego temat notki powinien brzmieć ‘dlaczego nie rozumiem teatru’.
Przestałam czytać opracowania, chodzić do teatru. Moje próby zrozumienia go zawsze spełzały na niczym. Nieważne ile książek bym pochłonęła, z iloma ludźmi bym nie rozmawiała, to nadal zasiadając na widowni, czuję się jak półgłówek. Takich spektakli, jak ‘Koniec’ widziałam całkiem sporo i zawsze się nimi zachwycano. Kiedyś poszłam na ‘Yermę’ do Teatru Collegium Nobilium. Spektakl leżał zarówno pod względem scenografii, gry aktorskiej oraz w ogóle interpretacji dramatu Lorki. Potem się dowiedziałam, że gra aktorska stała na wysokim poziomie.
Chyba jedyną rzeczą, która mi się podoba, jest opera, ale nie stać mnie na nią. To nie zmienia faktu, że widziałam bardzo wiele fajnych spektakli w Operze Narodowej. W zeszłym sezonie wystawiany był dramat Motokiyo Zeamiego, którego bardzo lubię. Zaraz będzie ‘Wojna i Pokój’ prosto z Sankt Petersburga z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru. Zobaczyłabym to z czystej ciekawości, ponieważ lubię Tołstoja, poza tym to niesamowita okazja, żeby zobaczyć, co z teatrem i operą robią nasi sąsiedzi. Niestety, bilet w Operze Narodowej trzeba rezerwować na… Dwa miesiące wcześniej? Bezpieczniej na trzy, chociaż widziałam, że i na trzy przed spektaklem ciężko było o bilety. W dodatku nie zawsze są wejściówki (z tego, co wiem, to bardzo rzadko).
Dlaczego nie lubię teatru, dlaczego nie rozumiem… Czemu opera jest taka droga i czy Lupa dokończy swój tryptyk? Jednakże najważniejszym pytaniem jest chyba to, co się ze mną stało. Dużo osób dziwi się, że tak po prostu przestałam chodzić do teatru. Mnie trochę też, ale widocznie tak musi być. Spokorniałam, zaczęłam trochę poważniej myśleć nad życiem. Pewnie nie zawsze to widać, ale jednak, chociaż z tego myślenia niewiele mi przychodzi.
Tagi: teatr, opera, dziwne życie
by szopen | 2012-03-30 01:23:14 | skomentuj! (1)
Logika? Zawsze i wszędzie.
W weekend szykował się kolejny wypad leśnych ludzi do lasu. Zobowiązałam się, że dwóch panów wyposażę w racje żywnościowe (oraz siebie) bo akurat będę w okolicy odpowiedniego sklepu. Wchodzę i jakby nigdy nic proszę o pięć racji firmy Arpol. Kiedy dokonaliśmy wyboru dań (to dosyć trudne, gdyż mają skomplikowane oznaczenia), sprzedawca zwrócił się do mnie z takim oto nieśmiałym pytaniem:- A na co pani… Te racje? Tak normalnie, do jedzenia?
- Nie, szykuję się wyjazd w weekend, NWN.
- Aaa, z FIA.
- No tak, ja w ogóle jestem z FIA.
W tym momencie rozmowa zaczyna wyglądać zupełnie inaczej. Rozmawiamy o szkoleniach z broni ostrej i innych rzeczach o tematyce militarnej. Chyba przywróciłam temu panu wiarę w gotujące kobiety…
Zmierzając jednak do meritum - ostatnio się zastanawiałam jaki to ciąg przyczynowo-skutkowy doprowadził do tego, że szwendam się z karabinem i żywię się czasem racjami żywnościowymi.
Wszystko zaczęło się od chirurgii plastycznej.
Mając lat naprawdę niewiele, a więc będąc zadowoloną z tak prostych rzeczy, jak zabawa w piaskownicy, moja rodzicielka zapytała mnie, kim chciałabym zostać w życiu. Bez większego namysłu odpowiedziałam - chirurgiem plastycznym! Sam ‘chirurg’ brzmiał słabo, ale plastyczny to już było coś, chociaż wtedy chyba nie miałam za bardzo świadomości tego, że wiąże się to z przedmiotami, których nie będę lubić tuż zaraz po pójściu do gimnazjum.
Niedługo po tym, to znaczy, kiedy miałam pewność, kim chce zostać w życiu (koniec podstawówki?) był romans z historią, archeologią… A potem jakaś filozofia czy coś w tym guście. Każdemu z tych etapów towarzyszyła koncepcja Wielkiego Pisarza. Tylko tematyka przyszłych wielkich dzieł literackich trochę się zmieniała w zależności od sytuacji (tj. od tego, co w danym momencie czytałam). Następnie był silny związek z kulturą oraz teatrem, a także idei Wielkiego Reżysera Teatralnego. Związek bardzo silny, wręcz niezniszczalny. I zawsze, jeśli by nie wyszło z tym Wielkim Reżyserem, to zostawał trochę mniej wybitny tytuł, jak Wielki Teatrolog. Chyba zdecydowanie mało wybitny. Przypomniał mi się jakiś artykuł o krakowskim PWST i Wydziale Teatrologii na UJ, który stwierdził, że z otwartymi ramionami przyjmie wszystkich odrzuconych w trakcie rekrutacji na reżyserię. Teatrologia to takie ‘małe piekiełko’ wszystkich niedoszłych reżyserów. W tym punkcie mojego życia było mi bardzo daleko to jakiekolwiek czołgania się i strzelania do ludzi. Jednakże patrząc na mą ewolucję, to stwierdzam, że było to całkiem logiczne. Na dzień dzisiejszy biegam z karabinem, chcę zostać knifemakerem i tłumaczyć gry RPG. Sensowne i jakże logiczne!
A tak serio, to sama tego nie rozumiem, ale jest fajniej, niż wcześniej. Chociaż niektórzy nadal mnie pytają na co warto iść do teatru. Ostatnio nawet przejrzałam repertuar. Niepokoi mnie to, że ¾ tytułów jest mi w jakiś sposób znane.
Tagi: dialogi, życiowość życia
by szopen | 2012-01-29 02:16:45 | skomentuj! (7)
Rozmowy
Nie będę się rozwodzić, dlaczego ta przerwa i czemu ona miała służyć. Myślę, że oszczędzę to tym wszystkim zabłąkanym ludziom, którzy trafiają w tutaj w nieznany dla mnie sposób.Ostatnio doszłam do wniosku, że gdyby nie pewne dialogi i sytuacje, to moja codzienność byłaby niepełna. Moje zwykłe rozmowy o pogodzie zmieniają moje myślenie o świecie albo odkrywają przede mną te mroczne zakamarki ludzkich dusz.
- Jestem na tłumaczeniach.
- Ooo, co tłumaczysz?
W takich chwilach odkrywam swoje mroczne zakamarki, bo albo otwiera mi się nóż w kieszeni razem z programem socjopatii albo staram się nie drążyć tematu. Zawsze odnoszę wrażenie, że tłumaczenie, iż na zajęciach na tłumaczeniach się nie tłumaczy (zwłaszcza na I roku) brzmi dziwnie, nie sądzicie?
Pierwsze dni na wydziale ze złamanym palcem. Informatyka.
- Bo ja mam tylko 1,5 ręki tak naprawdę przez ten palec.
- To z kim się pani biła?
Musi mi naprawdę dobrze z oczu patrzeć. Tym bardziej, że jest to standardowe pytanie, które pada po informacji o złamaniu. Od każdej nawet ledwo mi znanej osoby. Widać zdjęcie na fejsie w mundurze daje +10 do bycia groźnym. W bardziej wysublimowanej formie to pytanie padło w tramwaju.
Stoję obok starszego pana. Ustępuje mi miejsca z uśmiechem:
- Pani tą ręką męża biła?
- Akurat nie męża…
(Po co dementować ten dobry pijar z bójką?)
W międzyczasie w 10cm szczelinę między mną a fotelem wbiła się żywotna pięćdziesiątka i wygodnie usadowiła się na plastikowym krzesełku.
- Ja dla pani ustąpiłem to miejsce!
Kamienna twarz żywotnej pięćdziesiątki utwierdziła mnie w przekonaniu, że jest głucha (no jak twarz kamienia to uszami pewnie też coś nie tak)
- Poradzę sobie…
To całkiem unikatowe dla mnie sytuacje. W trakcie spacerowania z psem widzę dwie panie chodzące na szczudłach wokół placu zabaw. No co w tym niezwykłego? Przecież to tylko dwie kobiety na szczudłach, a chodzenie zabronione nie jest. Na szczęście jest komunikacja miejska i ćwiczeniowcy na wydziale, którzy ubarwiają moją codzienność.
Jednak czasem jest naprawdę nudno i szaro, ale wtedy biorę sprawy w swoje ręce. Chociażby w trakcie dyskusji o kolokwium z gramatyki (tenses).
- Jak zastanawiam się nad pastami…
- Hmm, bolognese, a może coś innego…?
Poziom absurdu wzrósł o 100%, prawda? Kwintesencja mnie.
W sumie, to wzrasta o jakieś 150% z racji tego, jestem przedstawiana czyimś znajomym.
- Poznaj Izolkę.
To mój oddziałowy nick. Generalnie to każdy w oddziale zna się bardziej z nicka niż z imienia, ale czasem zdarza się tak, że jednak znamy swe tożsamości. Oczywiście w niczym to nie przeszkadza przedstawiać człowieka za pomocą jego ksywki (na dodatek obowiązującej w dość hermetycznym gronie). Teraz wszystkie najbardziej lanserskie kluby w Warszawie znają nie Nikolę, a Izolkę!
Tagi: codzienność, dialogi
by szopen | 2012-01-16 00:42:23 | skomentuj! (2)
What the fuck?
Zrobiłam kopię całego bloga. Notki, komentarze, księga gości...To miejsce ma dla mnie ogromną sentymentalną wartość. Ckliwość to chyba ostatnia cecha, jaką można mi przypisać, ale ten blog to naprawdę spory kawałek mego życia. Nawet teraz, kiedy powoli dogorywa na kilku wpisach o niczym. Niemniej jednak, obiecałam sobie, że kiedy kopia zostanie zrobiona, to usunę bloga. Jak widać wcale się tak nie stało. Nie wiedzieć czemu, tkwi we mnie przekonanie, że to miejsce ma trwać niewzruszone, skoro przetrwało aż tyle lat i razem ze mną przechodziło przez okresy buntu, frustracji oraz dorastania (jak tak dalej pójdzie, to jeszcze załapiecie się na menopauzę). Pomimo tego, że przechodzę teraz totalną rewizję poglądów, a wszystko wokół mnie zmienia się szybciej, niż jestem to sobie w stanie wyobrazić i nie odczuwam już potrzeby pisania tutaj, to nie skasuję tego bloga. Może dlatego, że to jedyne miejsce, gdzie mogę dać upust swej frustracji i podenerwować się na cały świat, że nie mogę zamknąć się na miesiąc gdzieś i malować figurek. Insza inszość, że już dawno powinnam to rzucić, bo kompletnie mi nie wychodzi, ale zawsze miałam przerost ambicji nad zdrowym rozsądkiem. Już dawno stwierdziłam, że najlepiej ze wszystkiego, co robię, wychodzi mi czytanie książek. Chociaż tak spoglądam na regał z nimi i zadaje sobie pytanie, gdy widzę odcinek dla książek o teatrze, że na co mi to było wszystko… I, że w moich zasobach czasowych pojawiła się czarna dziura, i że zen ma racje bytu tylko w klasztorze, ponieważ świat nie pozwala zawsze na zajmowanie się tym, czym chcemy. Lubi też stawiać chore wyzwania bez których nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować w tym świecie. Codziennie coś nowego, codziennie coś strasznego. I doszłam do wniosku, że właściwie, to nigdy nie rozumiałam teatru.Nie skasuję bloga. Przynajmniej nie teraz. Co prawda na kilka dni w Sieci zaistniał blog Hrabiny de Volaille, ale przegrał z tym.
Jeśli ktoś wpadnie na pomysł, jak mogę ogarnąć swoje życie, to będzie super. Jak nie, to pójdę postrzelać w lesie i będę się czuć lepiej (właściwie zrobię to niezależenie od wszystkiego, byle tylko nie słuchać o tym, czy przypadkiem nie denerwuje się na czekanie na wyniki z matury).
Tagi: wtf
by szopen | 2011-05-27 22:41:54 | skomentuj! (2)
Weekend.
W weekendy strzelam do ludzi. Oto małe sprawozdanie z tych wypadów, które jednak ze bezsensownym strzelaniem w różne żywe obiekty z karabinami nie ma zbyt wiele wspólnego.Kurs Piechoty
Wniosek? Samo strzelani do ludzi w lesie jest nudne.
Nie wiem, ile razy słyszałam pytanie odnośnie użyteczności takich umiejętności. Jestem zwykłym człowiekiem, który najprawdopodobniej nigdy nie zostanie zaatakowany w ciemnej uliczce ani nie zostanie wysłany na misję do jakiegoś fajnego egzotycznego kraju, gdzie będę spotykać bardzo interesujących ludzi (jak w Full Metal Jacket!). Jest jeden szkopuł. Mam z tego fun. To mój sposób na spędzanie wolnego czasu, poprawę kondycji i samodoskonalenie się. Zamiast chodzić na terapie i czytać tendencyjne poradniki, robię coś, co nie tylko łączy się w pewien sposób z mym kolejnym dziwnym hobby, czyli modelarstwem. Nie rozumiem, czemu niektórym nie pasuje to, jak dbam o siebie i swój rozwój.
Tagi: ja, weekend, fia
by szopen | 2011-03-21 00:19:18 | skomentuj! (1)
Wakacje.
Najbardziej niesamowitym uczuciem jakiego kiedykolwiek doświadczyłam jest to związane ze świadomością posiadania wakacji. Radość, która z niego płynie jest przeogromna, ma w sobie coś z czaru dzieciństwa - wiecznie zielonej trawy, huśtawek oraz piłki nożnej na wydeptywanym przez pokolenia boisku. To nie jest po prostu czas wolny od szkoły, święto rozrywek, na które było zawsze mało czasu po lekcjach. Wakacje to czas, kiedy mam całkowitą kontrolę nad tym, czego się uczę oraz nad tym, co chcę osiągnąć. Zero stresu, głupich ludzi oraz marnowania czasu. Jest tylko to, co chcę, żeby było. Pracuję i mam z tego frajdę, ćwiczę, uczę się na swoich zasadach. To jest właśnie niesamowite w wakacjach - ta nieznośna lekkość wszystkich działań, przedsięwzięć, życia w ogóle. O ile przyjemniej wiedzieć jest, że po prostu nie tracisz czasu na rzeczy, które za kilka lat przestaną być istotne. Nauka w szkole dla mnie zawsze była zawsze kiepskim wypełniaczem czasu między zajęciami, które rzeczywiście przynosiły mi jakieś korzyści. Teraz nie studiuję, organizacja życia zależy tylko ode mnie, a nie narzuconego planu zajęć. Mam wakacje. Pełen luz. Biegam po lasie z karabinem, odwiedzam teatr. Zupełnie inny wymiar życia. Więcej z niego przyjemności. Wakacje z definicji są przyjemne, ale moje w tym roku wyjątkowo.Tagi: wakacje
by szopen | 2011-03-13 23:14:41 | skomentuj! (5)
Każda kobieta na nadchodzący sezon potrzebuje karabinu
Lubię opowiadać o swojej pracy, nawet jeśli nie jest mi w stanie zapewnić utrzymania. Od poniedziałku do piątku opierdzielam się, a potem gdy już mi się znudzi, idę do pracy (jak komuś udało się to ładnie stwierdzić dziś na Chłodnej). Chyba, że akurat w weekend wyjeżdżam się postrzelać. Wtedy pracuję w tygodniu. Idealny układ dla studentów, prawda? Dla mnie też, bo oprócz wprawianiu się w zbijaniu bąków mam też czas na inne przyjemności (albo pierdoły, jak kto woli).18.02.2011
Ja
ogarnelam swoja ksiazke ktora jak sie okazalo ma 101 stron
B.W.
ogarnęłaś?
Ja
w sensie przeczytalam
B.W.
masz czas na ogarnianie takich rzeczy, farciara.
Ja
mam duzo czasu
Ja
dlatego jade sobie postrzelac w weekend
B.W.
ja pierdole
Ja
co...?
B.W.
masz takie szczęście że nie studiujesz
Całkiem zabawne, prawda? Niestety, jakkolwiek by mi nie było wygodnie i fajnie, to nie-studiowania nie mogę rozpatrywać w kategoriach szczęścia. Jestem rok dalej od zdobycia papieru, który może mi pozwolić ubieganie się o ambitniejszą pracę. Nie twierdzę, że kelnerowanie czy kasjerowanie jest złe. Problem w tym, że nie chcę robić tego przez całe życie. Marzy mi się awans na starszego kasjera. Wyliczyłam, że jeśli moje wyniki z matury co roku wzrastają o ok. 10%, to za jakieś trzy lata będę mieć szansę dostać się na publiczne studia. Pozwolę sobie ten czas przeznaczyć na swoje przyjemności (lub pierdoły), czyli naukę fińskiego i innych pożytecznych rzeczy, które będą lepiej wyglądały CV niż ukończone studia z kategorii ‘humanistyczne’. Co prawda taka ‘wiedza o teatrze’ wygląda całkiem szpanersko, ale po tym można robić niewiele więcej niż po filozofii.
A karabinem, którego potrzebuję, jest M4A1 firmy KWA. Dzięki FIA zaczęłam się zamieniać w wytrwałą i zdeterminowaną osobę, która poradzi sobie w każdych warunkach. Będzie to przydatne na rozmowie kwalifikacyjnej na Akademii Teatralnej. (i nie ma w tym ani krzty ironii). Dzięki chłopaki!
Tagi: praca, karabin, fia
by szopen | 2011-02-25 00:29:40 | skomentuj! (6)
Nicnicnic
Patrzę się na blogowe archiwum. Jest dłuższe niż lista linków. To spory kawałek mego życia. Trochę ze smutkiem spoglądam na to archiwum, bo kiedyś tak fajnie mi się pisało. Nawet jeśli starsze notki są trochę gorsze lub najchętniej nie przyznawałabym się do nich, to szkoda trochę, że nie piszę już tak często. Myślę o innym blogu, na kilka dni ruszyła Hrabina de Volaille, która jednak okazała się błędem. Nie wiem, co mnie tak bardzo ciągnie do blogowania. Na razie jestem na etapie patrzenia na archiwum i odrzucania każdego pomysłu na notkę.Tagi: nic
by szopen | 2011-02-16 19:17:29 | skomentuj! (2)
Najtrudniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka, jest stwierdzenie, iż jest szczęśliwy nie kłamiąc w chwili wypowiadania tych słów.
Tagi: życie
by szopen | 2011-01-26 23:16:12 | skomentuj! (3)
Facebook i Dukaj.
Jakiś czas temu w moje ręce wpadł “Król bólu” Jacka Dukaja. Lubię jego książki, ale mam z nimi jeden problem - po pewnym czasie męczą mnie, co zmusza z kolei do odłożenia ich na bok na jakiś czas. “Inne pieśni” czytało mi się bardzo dobrze, ta pozycja jest bardzo wciągająca, ale bywały momenty, kiedy nagromadzenie neologizmów oraz dość trudny i specyficzny styl Dukaja doprowadzały do zamknięcia książki. Wracając jednak do “Króla bólu” - kilka słów o samym wydaniu. Ładne, schludne oraz porządne, jak zresztą poprzednie pozycje spod sztandaru Wydawnictwa Literackiego. Twarda oprawa, dobra grafika, szyte i klejone strony. Przebrnęłam na razie przez pierwsze opowiadanie, ale nie zauważyłam literówek czy jakichś ubytków w druku.“Linia oporu”, gdyż właśnie ten tytuł będzie przedmiotem mych refleksji, a zarazem jest owym pierwszym tekstem przeczytanym w “Królu bólu”, sprawiła pojawienie się kilku luźnych refleksji na temat życia i Facebooka. Wszyscy, którzy się zetknęli z tym portalem wiedzą dobrze, że jest na swój sposób uzależniający, a przy okazji ma zapędy do sprawowania absolutnej kontroli (brak możliwości usunięcia konta, filtrowanie wiadomości). Skoro już przy tym jesteśmy, to pozwolę sobie na małą dygresję. Mojej znajomej, fesjbukowiczowi kategorii lekkiej, czyli ‘od czasu do czasu wejdę, a nuż pogadam z kimś chwilę i może zapiszę się na jakieś wydarzenie’ zablokowano konto. W odpowiedzi na maila do władz tego portalu, poproszono ją o weryfikację tożsamości właściciela konta. Nie podano powodu, dla którego moja znajoma miała to zrobić. Należało przesłać skan dowodu osobistego/prawda jazdy (ze wszystkimi danymi? Tu jest coś nie tak). Ostatecznie zgodzono się na przesłanie jedynie części skanu obejmującego zdjęcie oraz imię i nazwisko wraz z datą urodzenia bodajże. Do tej pory nikt nie wie o co chodzi.
FB jest bodaj najbardziej znanym portalem typu social network. Jest o nim nawet film. Z każdą przeczytaną stroną “Linii oporu” (a jest ich 229, to najdłuższe opowiadanie w zbiorze) wzrastał we mnie niepokój, gdyż rzeczywistość przedstawiona w tym tekście przypominała Facebook w wersji live. Tylko na znacznie szerszą skalę, bo nie obejmuje życia wirtualnego, a życie w ogóle. Chociaż egzystencja bohaterów “Linii oporu” jest wirtualna, a przynajmniej można odnieść takie wrażenie. Nie ma pracy czy nauki - to jedynie ‘zapychacze’ życia. Nieobligatoryjne. Wszyscy są dziećmi - mają po trzydzieści, pięćdziesiąt czy osiemdziesiąt lat i grają. Można im nawet stworzyć państwo oraz dorzucić jakiś pakiet emocji. Pojęcie rodziny zdewaluowało się. ‘Rodzina’ to tylko jedna z wielu konstelacji, tuż obok np. konstelacji pracy. Istnieją tylko znajomi, żadnych bliższych relacji. Możemy ich usuwać, ustawiać się na konkretne konstelacje, inni ludzie mogą z nich odejść. Istnieją publiczne i prywatne kanały rozmów. W trakcie spotkania możemy prowadzić dodatkowe konwersacje, których nikt inny nie usłyszy. Każdy człowiek jest otagowany, orientacja seksualna jest nawet tagiem, który w każdej chwili można zmienić, płeć jest tagiem. Nie trzeba po omacku szukać kogoś do rozmowy, współpracy czy seksu. Czas na takie poszukiwania jest zredukowany do minimum. Możemy też zaglądać w czyjeś życie, myć z danym człowiekiem zęby, gdyż ludzie mają swoją publiczną sferę, do której może wejść każdy. Brzmi trochę znajomo? Należy dorzucić jeszcze masę anglicyzmów, którymi się posługują bohaterowie (gdyż rzecz ma miejsce w Polsce). Przesadzam? Może trochę, ale wizja takiego społeczeństwa jest niepokojąca. Do rzeczywistości wykreowanej w “Linii oporu” można jeszcze dodać pragmatyczność, chociaż może się to wydawać dziwne, kiedy ludzie swój czas spędzają na grze. Ale przykładowo, odwiedzanie rodziny jest jedynie obowiązkiem, kontakty z ludźmi mają przynieść jakieś korzyści. Wszystko inne jest zredukowane do minimum, nawet kontakt z naturą. Jeśli chodzi o FB, to ciężko mówić o pragmatyczności, bo jeśli kiedykolwiek używaliśmy fejsboga to wiem, że chodzi o zabawę i o wszystkich znajomych w jednym miejscu, by za jednym zamachem wszyscy się dowiedzieli o tym, że mamy sesję egzaminacyjną i jest nam niezwykle ciężko. Nowinki z życia codziennego, kilka zdjęć oraz rozmów na czacie plus dialog via Tablica. Żebyśmy się w nich nie pogubili, to możemy ich sobie podzielić na grupy, które często będą odzwierciedlały wygląd naszych relacji w świecie rzeczywistym.
Żeby przypadkiem nie wyjść na osobę, która nie dotknęła FB nawet koniuszkiem najmniejszego palca u stopy, to był okres, kiedy spędzałam tam naprawdę dużo czasu, jednocześnie dążąc do tego, by ten portal służył mi tylko i wyłącznie do załatwienia swoich spraw i zdobywaniu informacji na temat spektakli/wystaw/koncertów. Ale oczywiście na tym nie poprzestałam. Teraz prawie w ogóle tam nie zaglądam, co jest częścią planu mającego na celu zadbanie o higienę psychiczną. Swój przydział na social network wykorzystuję na forum FIA i czasem Ogniem i Mieczem. Dobija mnie trochę to, że z wieloma osobami mam kontakt tylko przez FB. Tak, ten portal jest wygodny, ale odechciewa mi się notorycznie zaglądać w czyjeś w życie, na dodatek w sposób pozbawiony jakiejkolwiek bliskości. Tutaj nie ma przyjaźni. W opowiadaniu Dukaja pada nawet stwierdzenie, że ma się tylko znajomych. Nawet relacje budowane latami tracą na sile. W “Linii oporu” nie ma miłości, empatii. Fejsbóg oferuje możliwość dodania do profilu swego stanu cywilnego. I łaskawie o wszystkich zmianach informuje, chociaż wcale nie musi. Oczywiście ten blog jest podobną formą ekshibicjonizmu jak FB. Upubliczniam się. Wieloletnie archiwum jest dowodem na to, jak długi jest to już proces. Ale tu nie ma zdjęć, statusów czy komentowania wszystkiego na bieżąco w czasie rzeczywistym. Na Facebooku teoretycznie tego można także nie robić. Problem w tym, że to najciekawsze opcje, jakie oferuje. O ile blog pozwala mi na pewną kreatywność, w żaden sposób nie zmusza mnie do dodawania notek codziennie, o tyle FB sprawia, (a może nawet manipuluje?) że pragniemy wykorzystywać wszystko to, co nam oferuje codziennie. Maksymalnie. Non stop. A potem pojawiają się grupy typu “Wszedłem na Facebooka o 19:00 na pół godziny, a tu nagle 23:00” i jest to rodzaju lansu. Bardzo żałosnego lansu.
Pozwolę sobie jednak wrócić do Dukaja albo malowania figurek. Chyba kiedy będę musiała o nich coś więcej napisać, bo z autopsji wiem, że hasło “malowanie figurek” mówi ludziom niewiele i wcale się nie dziwię, bo to specyficzne hobby. Niektórzy nawet trochę się śmieją z niego, ale na szczęście nie muszę z nimi rozmawiać. Pewnie dlatego, że też naśmiewają się z mojej chęci do uczenia się i wielu innych rzeczy. To nieistotne, w ramach dbania o higienę psychiczną, nawet nie rejestruję takich ludzi.
EDIT: Moje kontakty ze znajomymi zaczęły powoli zanikać. Chyba, że odpisują na smsy lub można do nich zadzwonić.
Tagi: facebook, dukaj, król bólu
by szopen | 2011-01-17 01:16:12 | skomentuj! (2)
Problemy wręcz z życia wzięte.
Idę porozmawiać poważnie z życiem, bo ja się z nim nie umawiałam na łączenie bólów głowy z mdłościami. Żebym była chociaż dojrzałą i ustabilizowaną kobietą spodziewającą się dziecka, a nie bezrobotną nastolatką, która zawsze dba o to, by przypadkowo nie podzielić się z nowym życiem swoimi genami i na pewno nie jest w ciąży (gdyby była, to by się tak nie wściekała na te dolegliwości). Moje życie jest niepoważne!Tagi: życie, problemy
by szopen | 2011-01-07 00:08:43 | skomentuj! (3)
Nothing to say.
Rozleniwiłam się. Ze wzorowego filmowca wstającego o 4:00 czy 5:00 zamieniłam się w wieloryba dryfującego po bezkresnym oceanie kalorii. Od czasu do czasu tylko rozmawiam z Wujem G. w ramach poszukiwania jakiejś miłej i uśmiechającej się oferty pracy. Mój tegoroczny świąteczny ekwipunek stanowi: operonowskie vademecum z języka polskiego na rok 2010/2011, opracowanie lektur oraz repetytorium ze streszczeniami. Definicje Biblii, mitu, symbolu, alegorii i innych tego typu rzeczy mam wygrawerowane na każdym pojedynczym zwoju mózgowym, który prostuje się coraz bardziej, gdy uczę się po raz setny o tym samym. Zachodzę w głowę, jak można zawalić maturę z polskiego. Do dnia dzisiejszego nie znalazłam rozwiązania tej zagadki. Na całe szczęście w repetytorium mam śliczne ramki z odpowiednimi informacjami przydatnymi przy pisaniu matury z polskiego, np. “To jest WALOR” (a zaraz po tym definicje danse macabre, exegi monumentum i horacjanizmu). Wspaniale też zostało wytłumaczone sformułowanie “niejasny status ontologicznego” - “nie wiadomo skąd”. Sądzę jednak, że nadal jest to dla mnie zbyt zawiłe i niezrozumiałe określenie.Zastanawiam się, czy pojawiającą się na moim blogu notorycznie reklama na temat studiów w Australii nie jest przypadkiem bardzo (nie)delikatną sugestią odnośnie moich (nie)studiów. Wspaniale byłoby tam się znaleźć, zamieszkać. Znalazłbym się w zupełnie innym społeczeństwie, które na dodatek znajduje się tysiące kilometrów od tego, co już znam. Intryguje mnie możliwość manipulacji tożsamością w takim momencie, to na ile człowiek jest w stanie stać się kimś innym czy dokonać korekty własnej osobowości, kiedy otrzymuje całkowicie nowy start będący dobrowolną decyzją. Zastanawiające jest to, jak bardzo inna byłaby nowa tożsamość, gdyby dana osoba zdecydowała się na wprowadzenie diametralnych zmian w swej osobowości. Richard Schechner w video-wywiadzie dla Joanny Warszy i Wojtka Ziemilskiego stwierdził, że człowiek jest raczej chmurą, która pod wpływem zaistniałej sytuacji oraz zdobywanych doświadczeń, zmienia się, przybiera odpowiedni kształt. Dorzuciłabym od siebie jeszcze, że każdy, a przynajmniej ja, stwarza siebie codziennie - począwszy od wyboru ulubionej przyprawy, a skończywszy na zawieraniu nowych relacji (na które wpływają takie czynniki, jak np. nasza waga). Czy w takim razie człowiek mógłby się świadomie stać zupełnie inną na osobą?
Dlaczego odnoszę wrażenie, że właścicielką tego bloga mogłaby być zblazowana nastolatka, której największym problemem są co najwyżej oceny w szkole?
Tagi: australia, język polski
by szopen | 2010-12-26 02:52:29 | skomentuj! (1)
Rozmowy #1
11.12.2010, Opera Narodowa:- Za tydzień kończę zdjęcia.
- Wreszcie będziesz chodzić do teatru!
Tagi: rozmowa
by szopen | 2010-12-12 11:21:48 | skomentuj! (1)
(Prze)mijanie cykliczne podzielone na grupy
- Czy ktoś ma notatki z tego wykładu...? Mam grupę naprawdę fajnych ludzi... USOS... Gramatyka, ekonomia, statystyka... Boże, ale ten wykład jest nudny...- No, ja ostatnio o 4:00 wróciłam z pracy.
Mijanie tematyczne.
Tagi: mijanie
by szopen | 2010-12-07 22:34:31 | skomentuj! (2)
Te prawdziwe chwile.
To po co idziesz na studia, skoro żadne nie dadzą ci pracy?Po co chcesz wykonywać martwy zawód, pracować gdzieś, gdzie nie ma pieniędzy z tego?
- rodz.
Żyję w rzeczywistości, gdzie papier jest ważniejszy niż to, co się umie. Przypadkowi ludzie mają przypadkowe wykształcenie, sama będę mieć takie. Ambicje i pasje przestają być ważne, gdy staje się przed wyborem pracy na kasie w Auchan i nieposiadania możliwości spełniania marzeń oraz pracy, w której się zarabia, a która pozbawia czasu na takie pierdoły. Bo dziwnym trafem okazuje się, że chce robić rzeczy, które mają gdzieś ekonomię i logistykę życia. Słyszę, że to normalne, że trzeba z czegoś żyć, bo tak skonstruowany jest świat. Albo myślisz, że jesteś ambitnym i łudzisz się, że przyniesie Ci to profity, albo zapominasz o tym i żyjesz w całkiem niezłych warunkach. Podobne małe rzeczy są ważne, umiejętność dostrzegania ich cieszenia się. Ale kiedy jedyną nagrodą za poniesiony trud, godziny spędzone na nauce, są dwa niezbyt brzydkie dni zamiast stricte deszczowych dób w listopadzie, to coś wydaje się być nie tak, jak powinno.
Walę sobie głową w mur. Większość życia spędziłam na robieniu czegoś, czego nie chcę, więc kolejne krótkodługie lata do końca życia nie zrobią mi różnicy. Chciałabym wyjechać, chciałabym tyle rzeczy, które nijak mają się do rzeczywistości, które nie są nikomu potrzebne.
Tagi: prawdziwe chwile
by szopen | 2010-11-21 20:46:12 | skomentuj! (1)
Te śmieszne chwile
Czasem są takie śmieszne dni, kiedy myślę sobie, że jestem naprawdę fajnym człowiekiem. Nagle wiele spraw przestaje być istotnych. Studia, matura. Są gorsze problemy - staram się powtarzać to sobie codziennie, a także wierzyć, że będę kiedyś wiedziała, co ze sobą zrobić. Do tej pory nie potrafię sobie odpowiedzieć, kim chciałabym być w życiu jednocześnie znając swoje pasje, zalety i wady. Wymyka się to wszelkim chłodnym kalkulacjom, jakiejś racjonalności czy logice. Przynajmniej w moim przypadku. Na dzień dzisiejszy nie mam nic oprócz ambicji i pierwszego roku prywatnych zaocznych studiów (zwanych dalej ‘organizacją produkcji filmowej’). Jestem człowiekiem, który zawsze bierze sprawy w swoje ręce, pragnie mieć kontrolę nad wszystkim, co go otacza (i nawet mu to wychodzi). Ale jednak coś zgrzyta, coś się nie udaje, coś jest nie tak i nagle okazuje się, że nadal mam tylko ambicje. Być może jestem monotematyczna, ale ów tydzień wolnego będący zaplanowanymi wakacjami w istocie zmienił się w dwa miesiące letniej laby, a przynajmniej w ten sposób odczuwałam rzeczywistość w przeciągu ostatnich siedmiu dni. Stąd też zaczęły mnie nachodzić dziwne egocentryczne refleksje. Pewnie dlatego, że do tej pory nie wiem, czemu moje życie nie działa tak, jak należy. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że człowiek XXI wieku nigdy nie zagląda do instrukcji obsługi, toteż do życia i świata jej nie dostał, ale ja naprawdę chętnie bym ją przeczytała. Lubię się uczyć, wręcz uwielbiam. To pewnie mój zasadniczy problem. Nikt przecież nie lubi nadgorliwych ludzi. Są problematyczni, bo wychodzą przed szereg. Ale w tych śmiesznych chwilach ów problem jest dla mnie zaletą. Dzięki temu mam poczucie, że pomimo wszystko nie cofam się w rozwoju.Tagi: śmieszne chwile
by szopen | 2010-11-08 00:11:56 | skomentuj! (5)
Mamo, posprzątam w święta...
..., bo nie mogę sprzątać bałaganu, którego składu nie znam. Widuję go bardzo rzadko, a na dodatek, kiedy jest ciemno i duchem oraz połową ciała jestem już w łóżku (bo druga połowa sprawdza konto i myje się). Koniec zdjęć magicznym hasłem pobudzającym do praktycznego zagospodarowania czasu wolnego.Tagi: życiowe życie
by szopen | 2010-11-01 02:56:15 | skomentuj! (2)
Zgubiłam początek pażdziernika i jest mi z tym dobrze.
Dlaczego ludzie patrzą się na mnie, jak na idiotę, kiedy stwierdzam, że wolałabym się teraz uczyć niż pracować?Tagi: pytania egzystencjalne
by szopen | 2010-10-12 19:13:18 | skomentuj! (7)
A ja mam to gdzieś.
Powiedziałabym coś na temat swoich studiów, które podejmę w dalekiej (bardzo) przyszłości, ale wszyscy inni wykrzykują swoją ekscytację w tej materii.
Być może jest bardzo rozżalona, wkurzona, pełna gniewu, ale czy tego chcę, czy nie, wszyscy naokoło raczą mnie w każdy możliwy sposób ("Fejsbogu, dzięki Ci za możliwość lansu!") uczelniami, wykładami i całą resztą. Nawet USOS z racji swej problematyczności zamienia się w markę, którą warto się chwalić.
Tagi: ludzie, studia
by szopen | 2010-10-06 20:49:16 | skomentuj! (3)
.
Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę Idź na studia, które dadzą ci dobrą pracę
- tak wygląda moje życie od lipca.
Tagi: życie
by szopen | 2010-09-29 19:13:05 | skomentuj! (8)
Kernel panic
Przyszłe notki zostają zamknięte na czas nieokreślony w mojej głowie.
***
Jesteś człowiekiem
i umierasz zawsze dwa razy
Na końcu życia i w sobie
Pewna kobieta zamroziła
swą dziecięcą miłość w 16 latach
opieki nad wciąż traconą pamięcią
która nie wiedziała że jest matką
To były jej dni cudów i upadków
kiedy matka malowała rozmowę
zapamiętanymi chwilami
a potem klisza pamięci odzyskanej
znikała w nieświadomości
Teraz czasem siada w kącie
i pamięci słowami prosi o
zniknięcie smutku bo przecież
tylko w tamtych 16 latach
mogła kochać
To chyba mój najlepszy tekst, jaki kiedykolwiek napisałam. Bardzo nie-mój. Powinien zostać zadedykowany Szatniarce. Miał powstać cały cykl z nim na czele, nawet nadałam mu nazwę.
***
Jest po prostu piękne.
Tagi: ostatni wiersz
by szopen | 2010-09-23 22:17:29 | skomentuj! (2)
Happy Birthday, Happy Birthday
Powinnam napisać coś mądrego, dojrzałego, a może nawet jakimś podsumowaniem zarzucić? Znowu mam rok bliżej do śmierci i ponoć jest to zawsze dobry czas na refleksję. Problem w tym, że ja muszę się sumować co tydzień, żeby przypadkiem nie zgubić się w moim małym kryzysiku egzystencjalnym. Nie powinnam się rozczulać nad sobą czy narzekać, tylko wziąć się w garść, bo przecież takie jest życie i nic na to poradzę. Tylko że ja wcale nie ma na to ochoty ani siły. Wystarczy, że potrzebuję codziennie okłamywać siebie (i innych), że zrobiłam wszystko by osiągnąć swe teatralne cele. Duże były. Niektórzy podziwiają mnie za bardzo konkretne i oryginalne dążenia. Za marzenia, których nie potrafię spełnić. Nie wyjadę do Finlandii w przyszłym roku, bo pracuję od poniedziałku do soboty po 12h i nie mam czasu na naukę nowego języka. Nie napisałam pracy na reżyserię. Nie dostałam się na wiedzę o teatrze. Nie mam pomysłu na siebie ani na swoje życie oraz tego bloga. Jestem we wrednym martwym punkcie i naprawdę nie chcę już słyszeć, że takie jest życie.
Mało urodzinowo jest, wiem o tym. Krótko też. Nie stać mnie za bardzo na nic więcej. Przypomina mi się zeszłoroczny wrzesień pełen niespodzianek, pięknej pogody i szczypty kiepskiego nastroju. Kiedyś z Mateuszem doszliśmy do wniosku, że ten miesiąc jest kwintesencją całego nadchodzącego roku (szkolnego). W jego i w wielu innych przypadkach będzie to już rok akademicki. Mój wrzesień zaś rozłazi się, jest zimny i naszpikowanymi strasznymi pobudkami o 3:00 (nie wiem, kto stworzył tak okropną godzinę!). Na szczęście dzisiaj jest ładnie i całkiem ciepło za oknem. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić biegania po planie filmowym, kiedy będzie -10 stopni Celsjusza na zewnątrz (albo gorzej). Wszyscy jakoś niezwykle podniecają się taką pracą, która na dodatek nie uwzględnia dni wolnych z tytułu świąt narodowych. Ja się chętnie zamienię, naprawdę. Wolę się użerać z wykładowcami niż z bandą ludzi, którzy często zachowują się jak małe dzieci.
Bilans? Wolę przemilczeć i zająć się swoimi urodzinami, które uczciła już pizza.
Tagi: urodziny
by szopen | 2010-09-20 10:54:59 | skomentuj! (6)
?
Poważna się robię. Praca, formalności i masa innych rzeczy, które muszę załatwiać sama - począwszy od tych prozaicznych, jak wizyta u lekarza i wykupienie leków, a skończywszy na odwiedzinach we wszelkiej maści urzędach. Obsługa lekarzy zawsze wydawała mi się trudno, a dzisiaj niemal automatycznie sięgam po telefon i umawiam się z odpowiednią specjalizacją. Nikt mi już nie towarzyszy w gabinecie, nikt mi nie kupuje leków. Małe dzieci z mojego podwórka mówią mi cicho oraz spokojnie “dzień dobry”. Wiele osób unika mówienia “na ty”. Będąc dziś w swoim liceum, nauczyciel angielskiego zapytał się, czy może się tak właśnie do mnie zwracać. Jestem traktowana poważniej i nie ukrywam, że dzięki temu łatwiej mi się rozmawia. Przynajmniej z większością ludzi. Pan w kasie arkadyjskiego kina ledwo sprzedał mi bilety na “Księżniczkę i żabę”. Jednocześnie w teczce z dokumentami typu świadectwo ukończenia szkoły trzymam przepis na gofry i kupony zniżkowe do McShita. Mam burdel w pokoju, zaś moje Szeroko Zakrojone Plany Sprzątania Wielkiego Bałaganu poszły w niepamięć. Jednakże mam racjonalne wytłumaczenie, co jest odpowiedzialne za ów nieład w mych skromnych seledynowych progach. Za wszystko ponoszą winę książki. Szturmują nocą mój pokój, a ja potem muszę je wsadzać na miejsce. Podejmując ostatnimi czasy próby jakiegoś uporządkowania uczniowskiego burdelu, okazało się, że cały czas przeznaczony na to spędziłam na układaniu... Książek. Właśnie spoglądam na regał z nimi i mój wzrok pada na “Księgę niepokoju” Pessoi. Stojąc w kolejce po wejściówki na “Kruma” w minionym sezonie, pewna kobieta czytała przede mną będąc całkowicie poza wielkim podnieceniem towarzyszącym ów wejściówkom. Mając brzydki zwyczaj zaglądania ludziom przez ramię oraz czytania razem z nimi, trafiłam na ten oto cytat z lektury czarnowłosej amatorki teatru:Nigdy się nie spełniamy.
Jesteśmy dwiema otchłaniami - studnią wpatrzoną w niebo.
Nie namyślając się zbyt długo, pozwoliłam sobie zaczepić tę panią i zapytać się o tytuł jej lektury. Przy okazji uraczyła mnie kilkoma przydatnymi informacjami na temat Fernanda Pessoi i jego “Księgi niepokoju”. Widziałam operę, której libretto było na jej podstawie. Takie sobie widowisko. Jego reżyserem jest Michel van der Aa, zaś opera ta powstała na zamówienie miasta Linz, które było Europejską Stolicą Kultury 2009 wraz z Wilnem. Opera ta była wystawiana w ramach festiwalu Era Nowe Horyzonty. W “Księdze niepokoju” pana van der Aa znajdziemy trochę sekwencji video, oszczędnej scenografii, ale przede wszystkim świetną muzykę. Osobiście podobał mi się moment, kiedy jeden z muzyków wszedł na scenę i grał na dużej metalowej obręczy (będącej elementem scenografii). Jednakże nie byłam jakoś specjalnie zachwycona tą operą.
Pozwolę sobie jednak wrócić do jeszcze mniej zachwycającej rzeczy, czyli mojego życia i stwierdzić, że znalazłam się w punkcie, w którym nie wiem, jak dobrze zakończyć tę notkę. Moje studia pozostają nadal w sferze całkiem zabawnego żartu, nie jestem ani jakoś rozpieszczana przez swoje życie ani specjalnie dobijana. Niby żyć nie umierać, ale jednak coś jest nie tak...
Tagi: teatr, opera, burdel, powaga
by szopen | 2010-09-03 22:46:35 | skomentuj! (3)
Whoa.
Niedoszły teatrolog, poeta, pisarz, lekarz, artysta, informatyk reżyser, szpadzista, a obecnie grafoman, modelarz, technik w teatrze studenckim chętnie podejmie pracę w kawiarni, bibliotece, restauracji, sklepie modelarskim oraz we wszelkich instytucjach kulturalnych lub teatrze. Może sprzątać, robić kawę, obsługiwać komputer oraz nauczyć się innych niezbędnych umiejętności. Punktualny, ambitny, umie pracować w grupie. Nie jest studentem. Gotowy do podjęcia pracy od września.Wizytówkę z tym tekstem zostawię w Instytucie Teatralnym, CSW, Jadarze i kilku teatrach, żeby przekonać się, czy znajdzie się ktoś na tyle szalony (definitywnie bardziej jednak pasuje słówko “odważny”, prawda?) by mnie zatrudnić. Być może mój niekonwencjonalny sposób szukania pracy sprawi, że potencjalni pracodawcy nie przestraszą się nawet tego, że muszą płacić za mnie większe podatki, jako że nie jestem studentem. Swoją drogą, to mogłaby się znaleźć dla mnie jakaś posadka w Instytucie Teatralnym, znają mnie tam i w ogóle...
Nie potrafię się tym przejąć, patrzeć na to, jak na porażkę, choć jest to swego rodzaju niepowodzenie. To całkiem zabawne, że świat zawalił mi się na jakiś tydzień z powodu pierwszych próbnych matur, a teraz nie mogę się załamać. Mateusz stwierdził, że niepowodzenia czynią nas bardziej nieludzkimi. Jest trochę mniej we mnie człowieka, bo nie potrafię już być w pełni szczera pocieszając innych w związku z ich edukacyjnymi porażkami.
Jedyną rzeczą, która na swój sposób przeraża mnie w nierozpoczynaniu nauki na jakiejś uczelni, jest to, iż na pytania dotyczące moich planów na wrzesień i później, pada odpowiedź nie wiem. Mając przed sobą perspektywę studiowania, łatwiej było mi cokolwiek planować. Mogłam z całkowitą pewnością powiedzieć jadę na Pola Chwały oraz zgłosić się do wolontariatu na WFF. Teraz w głowie mam większą pustkę, niż kiedykolwiek. Nie mam nad swoją niedaleką przyszłością takiej kontroli, jaką chciałabym.Nie lubię odpowiadać na pytanie co dalej. Ostatnią rzeczą, którą chcę zrobić po powrocie z Wrocławia, to rozmawiać z rodzicami na temat owego co dalej. Poza tym, nie lubię opowiadać historii swej małej klęski w kółko. Mam dość patrzenia na zdziwione twarze, kiedy mówię o tym wszystkim
- Ale jak to?
- Ty? To niemożliwe!
- Przecież byłaś taka dobra... Co się stało?
tłumaczyć się z decyzji, które podjęłam w związku z zaistniałą sytuacją... W takich chwilach odnoszę wrażenie, że jestem jakimś wynaturzeniem, elementem, który nie pasuje do czyjejś rzeczywistości, gdyż nie idę na studia. Presja związana z maturą, studiami jest straszna, chociaż w tym momencie nie powinnam się wypowiadać na ten temat, ponieważ gdzieś w głębi jestem przerażona koniecznością podjęcia pracy, kiedy nie posiadam ani doświadczenia ani wykształcenia. Przeraża mnie brutalne wkroczenie w prawdziwe życie (brak zniżek, zwłaszcza na komunikację miejską...) problemy, jakie sprawia mi dramat Yeatsa. Po każdej kolejnej lekturze coraz mniej wiem, pojawia się więcej technicznych problemów... Wydaję mi się, że moja pewność siebie, siła, o której wiele osób mi mówi, są na trochę na pokaz. Może dlatego, że łatwiej mi być takim człowiekiem, którego podziwiają za upór i wytrwałość. Ten podziw to taka mała nagroda za mierzenie się codziennie ze swymi porażkami, które z reguły nie mogą być widziane przez innych. To ten rodzaj bardzo osobistych i intymnych niepowodzeń tłoczących się wewnątrz, których nie można wywlec na zewnątrz nie tracąc przy tym ich spójności.
Wisienką na torcie tej zabawnej sytuacji powinna stać się wypowiedź w tym stylu: Trzeba było się uczyć.
Tagi: życie, poszkuję pracy
by szopen | 2010-07-29 00:35:40 | skomentuj! (4)
The saddest summer ever
To takie zabawne, że mój blog na okres wakacji, jest właściwie zamknięty. Mój umysł w okresie summertime’u ma głęboko w poważaniu nawet literacką część świata. Odnoszę dziwne wrażenie, że w akcie całkowitej desperacji spowodowanej brakiem weny, wrzucę zdjęcia chorągwi Imperium Osmańskiego w tzw. “piętnastce” (czyli figurek wielkości 15mm). Za sobą mam już wiele prób pisania na temat tych specyficznych wakacji i związanych z nimi “najważniejszych życiowych decyzji, która zaważą na całej naszej przyszłości”. Nigdy w to do końca nie uwierzyłam. Może dlatego, że nie zamierzam pozwolić na takie ograniczanie mnie. Tylko ja mam monopol na stawianie sobie jakichkolwiek barier (a potem rozpierdzielanie ich w wielkim stylu - co prawda jeszcze nie udało mi się tego zrobić tak widowiskowo, jak trzeba, ale pracuję nad tym). Dlatego zamiast karmić nadal swój organizm stresem, uznałam że moja ścieżka edukacyjna szykuje mi jakąś miłą niespodziankę w ramach tego, że zakończyłam pewien jej etap. Nie martwię się tym, w ostatecznym rozrachunku jestem w stanie stwierdzić, że dobrze się stało, iż trafiłam do takiego, a nie innego liceum. Nie żałuję. Właściwie to moje życie troszczy się o mnie. Zadbało m.in. o to, żeby liceum przebiegało bezstresowo (prawie)....
Są wakacje, a ja rozprawiam o szkole. Mam pięć miesięcy wolnego, ale jak na złość wszystko kręci się wokół edukacji (która przestała być dla mnie obligatoryjna). Nie mam bladego pojęcia, co takiego jest w tym temacie, że dyskusja o nim jest najbardziej wciągająca, zwłaszcza teraz. Pewnie dlatego, że pięciomiesięczne wakacje zmuszają nas do dorośnięcia w kilka dni i podjęcia decyzji, które dla wielu z nas są bardzo ważne, a związane z dalszą edukacją. Nie czuję się bardziej dorosła, czy to dziwne? Przede wszystkim, w momencie, kiedy najbardziej powinnam się przejmować, nie przejmuję się ani trochę. Już dostatecznie odwaliło mi na początku. Teraz czas na czysty relaks, zabawę w małe dziecko i stwierdzenie, że przez pozostałą część wakacji świat niespecjalnie mnie obchodzi. No dobrze, prawie nie obchodzi. Wysłałam jedno CV, ale tylko dlatego, żeby uświadomić pewnej placówce edukacyjnej, że tak łatwo się ode mnie nie uwolni.
Tagi: pierdzielenie
by szopen | 2010-07-17 17:34:01 | skomentuj! (3)
Jakieś słowa
Niektóre słowa są jak spadające gwiazdy. Kiedy wydobywają się z ciemnych czeluści ust, to rozświetlają nasze osobiste nocne niebo. Wiążemy też z nimi konkretne życzenia - chcielibyśmy by stały się prawdą lub naprawiły kawałek naszego świata. Chcielibyśmy, żeby nam pomogły uwierzyć, zmienić, a nawet niszczyć. Marny ze mnie pisarz. Nie rozumiem skąd u mnie taka przemożna chęć ucieleśniania słów na papierze czy w Internecie. W głowie plącze się Miasto ze Snów - ogromne, z szerokimi ulicami, które są puste. Tonie w deszczu lub ginie w ostrym słońcu. Gdzieś po tej bardziej racjonalnej stronie głowy plączą się ludzie zatknięci w miejski granit. Nigdy nie narodziły się ich fikcyjne charaktery. Spisane jedynie za pomocą kilku myśli czasem dają znać o sobie jako o niewypowiedzianych pomysłach. Są trochę jak niepomalowane figurki. Niby gotowe, wystarczy wyjąć z pudełka, a tymczasem iskrzą się surowym metalicznym połyskiem, który drażni oczy. Cały proces oczyszczania figurek z nadlewek, potem nakładanie podkładu, właściwe malowanie, podstawki... Dlatego pewnie bardzo szybko zarzuciłam pisanie czegokolwiek, co ma jakąś fabułę. Zbyt trudne było dla mnie ożywić słowami czyjąś psychikę. Zresztą do tej pory jest. Łatwiej pisać o osobach, które już istnieją. Są gotowym materiałem, który wymaga jedynie odpowiedniego przetworzenia na słowa. Słowa, słowa, wszędzie słowa. Widocznie jestem w stanie się bez nich obejść, dlatego nieporadnie chwytam je i ciskam w binarny paper. Mało ambitnie, bez pomysłu i polotu. Czasem nachodzi mnie jakieś zdanie, które nie chcę opuścić żadnej ze stron mej głowy, zarówno racjonalnej, jak i tej nie do końca zrównoważonej. Żeby się odczepiło, trzeba je komuś pokazać, pozwolić na zamieszkanie w prawdziwym świecie, a nie tylko w tym, który sobie wymyśliłam. To trochę jak z posyłaniem dziecka w dorosłe życie - zawsze dźwięczy gdzieś nutka niepewności, że nie przygotowaliśmy go odpowiedniego, ale trzeba to w końcu kiedyś zrobić, nawet jeśli okażemy się kiepskimi rodzicami. To na pewno jedyny dobry powód, dla którego o godzinie 1:11 piszę te bzdury - staram się jak najlepiej wyposażyć pewne zdanie, które pojawiło się na samym początku tego wywodu, by nie pogrzebało samego siebie oraz żeby miało jakąś możliwość obrony. W tym momencie już chyba niewiele mogę zrobić. Copy-paste + tytuł, a potem rzut-okiem, publikuj i dobranoc.Tagi: słowa, spadające gwiazdy
by szopen | 2010-06-07 01:17:45 | skomentuj! (1)
A long way to life
W jednej z notek napisałam o tym, że relacje z ludźmi są trudne. Zaczęłam poszukiwać przyczyn tego problemu i okazało się, że znajduję się we mnie. Oto kilka przykładów, które to potwierdzają:- 4,9
- A w jakim liceum jesteś?
- Prywatnym.
- Och, uhm, tak... To gratuluję.
- Za WFDiF.
- To nie mogłaś sobie szkoły bliżej wybrać?
- Gdybym mogła, to pewnie bym to zrobiła! (Na pewno marzę o tym, żeby dojeżdżać na drugi koniec Warszawy!)
- (cisza)
- Maluję.
- O, co malujesz?
- Francuzów z XVIIIw. Figurki. Jestem modelarzem.
- (oczy jak spodki, a potem twarz przybiera wyraz mówiący, iż bawię się żołnierzykami, jak małe dziecko połączony z kompletnym brakiem zrozumienia tego, co przed chwilą powiedziałam)
- Na reżyserię teatralną.
- A gdzie?
- Do Krakowa i Warszawy.
- Do Krakowa i Warszawy...? A do Łodzi?
- W Łodzi jest coś innego, co mnie nie interesuje.
- (brak zrozumienia)
- Szkoła teatralna? (Aktorstwo?)
- Tak. Ale nie aktorstwo.
- (To co tam jeszcze może być?)
- I jak poszło?
- Po maturze... Nie rozmawiamy o maturze!
- Ale tylko powiedz jak poszło!
- Nie (nie powiem z uwagi na swoją psychiczną higienę! To takie trudne do zrozumienia?!)
- Nie piję.
- Ale jak to? Dlaczego? (No jak to na imprezie można nie pić?!)
- Bo nie (i nie zamierzam ci się tłumaczyć).
- (następuje odsianie osób, które nie zamierzają przebywać w towarzystwie abstynenta)
Może trudności w kontaktach z innymi wynikają także z tego, że za pomocą 60% czy 70% numerów w mojej komórce można się dodzwonić do warszawskich teatrów (i opery), CSW, pizzerii czy kilku korporacji taksówkarskich, a także do kilku członków grona pedagogicznego i antykwariatu. Nienawidzę też jeść lodów sama, bo uważam, że ich jedzenie to wydarzenie towarzyskie i tracą permanentnie swój unikalny smak, kiedy zjada je się samemu. Chodzę na kawę z dorosłymi ludźmi, którzy mają pełnoetatową pracę oraz rodzinę lub są bliscy jej założenia i nie widzę konfliktu pokoleń. Co więcej, rzadko trafiam na tak miłe towarzystwo, jak oni. Nie uciekają, kiedy mówię, że jestem abstynentem. Może to wszystko jest tak dlatego, że wolę chodzić po klimatycznych kawiarniach, a nie klubach? Zwłaszcza po takich, gdzie są książki i dobre frappe oraz wiem, że nie nasiąknę za chwilę dymem papierosowym... No cóż, pozostaje mi tylko radzić sobie jakoś z tym i specjalnie się nie przejmować, bo po co? Mam masę ciekawszych rzeczy, którymi mogę się zająć.
Tagi: ludzie, ja, lody
by szopen | 2010-05-24 20:36:52 | skomentuj! (4)
